Długa i męcząca podróż wykończyła nas na maxa.
Gdy dojechaliśmy do miasteczka oddalonego od parku jakieś
20 minut, musieliśmy sie zatrzymać ponieważ zaczynał sie ważny mecz także
mieliśmy dluuugą przerwę :). Miasteczko nazywało sie Bar Harbor. Miasteczko jest
cudowne. Małe i spokojnie a na dodatek położone nad oceanem. Po meczu
ruszyliśmy w końcu na pole namiotowe bo musieliśmy postawić namioty przez nocą.
Na szczęście udało nam sie wszystko ustawić i zrobic jeszcze przed zmierzchem.
Na kolacje mieliśmy ognisko na łonie natury z kielbaskami i tradycyjnymi
amerykańskimi marshmallows.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz